Bądźmy zawsze gotowi do miłości! – Halina Frąckowiak o Bożym Narodzeniu
sobota, 26 stycznia 2013 12:48

wywiad z Haliną Frąckowiak

Dobiega końca okres Świąt Bożego Narodzenia. W kościołach i naszych domach powoli milkną kolędy i znikają świąteczne ozdoby. Warto jednak powrócić jeszcze myślami do  wydarzeń grudniowej nocy, przypomnieć sobie wigilijny wieczór... O radości i smutku z narodzenia Dzieciątka Jezus, wspomnieniach z czasów dzieciństwa, gwiazdorze gaszącym pożar, rodzinnych tradycjach, współczesnych piosenkach świątecznych i magii kolęd, opowiada w rozmowie z Jadwigą Jelińską - polska wokalistka Halina Frąckowiak.





Jadwiga Jelińska: Na początek powróćmy myślami do wigilijnej wieczerzy.  Czy zechce podzielić się Pani wspomnieniami z wigilii, która szczególnie utkwiła w pamięci?

Halina Frąckowiak: Jest wiele takich wigilii, zwłaszcza z okresu dzieciństwa, kiedy były to czasy bardzo skromne dla nas w Polsce. Wtedy pomarańczki czy orzechy były elementem prezentu, a nie daniem.  Ale mimo to, było dużo uśmiechu i takiej dziecięcej radości...
Pamiętam, że w wigilie Tatuś przychodził w charakterze gwiazdora – w Poznaniu był to właśnie gwiazdor – miał wielką czapkę, oczywiście czerwoną. Podczas jednej z takich wigilii zapaliła się choinka, a od tej choinki zapaliła się firanka. Zrobiło się dosyć groźnie ale gwiazdor sobie poradził – pomachał, pomachał i ugasił pożar. Ale wtedy właśnie okazało się niestety, że gwiazdor jest wysoki dlatego, bo jest na szczudłach! Żeby ugasić choinkę musiał z nich zejść i wtedy wszystko wyszło na jaw...

Pamiętam także inną wigilię, również z tamtych czasów, a może nawet wcześniej... Jak powiedziałam, były to czasy szczególne dla nas, w Polsce, czasy komunizmu – kompletne odejście. Ludzie chodzili do kościoła raczej po kryjomu, nie manifestując tego. Moja Mamusia pracowała i musiała pójść na godzinę 14.00 i pracować do 22.00. I nikogo nie obchodziło, że jest wigilia. Mamusia długo pracowała, a ja z moim bratem wyczekiwałam na pierwszą gwiazdkę. Mieliśmy bardzo kochanych stryjów i u nich spędziliśmy tą wigilię. Było bardzo miło; pamiętam, że dostaliśmy też prezenty... Ta wigilia także była dla mnie szczególna.

Pamiętam także Święta Bożego Narodzenia, kiedy też kogoś ubyło z naszego grona. Pewnej wigilii, z tego smutku ustawiłam 11 choinek - w każdym kącie była jakaś choinka. Skupiłam się na tym, żeby podkreślić taką zewnętrzność tych świątecznych przeżyć.
Moja Mamusia bardzo pięknie śpiewała, więc śpiewaliśmy zawsze kolędy. Czasami ktoś z nas grał na fortepianie... Przychodzili do nas przyjaciele i kolędowaliśmy w większym gronie. Dzisiaj mojej Mamusi nie ma, więc to już nie są takie kolędy... Nie zapomnę oczywiście pasterek! Mamusia miała prawie 90 lat, kiedy w nocy wyjechaliśmy na pasterkę. Była wielka śnieżyca, wiózł nas Filip – mój syn. Pamiętam, że wtedy właśnie pięknie śpiewał chór u Dominikanów w Warszawie. Mam jeszcze wiele innych cudownych wspomnień, ale jest ich tak dużo, że wszystkich nie jestem w stanie opowiedzieć.

JJ: Wspomniała Pani o pięknym zwyczaju wspólnego kolędowania. Czy jest kolęda, którą Pani uważa za szczególnie ważną i niezwykle wyjątkową?

HF: Wszystkie kolędy, ale nie pastorałki, są dla mnie wyjątkowe, tak jak wyjątkowy jest charakter tych Świąt. „Lulajże Jezuniu”, „Gdy Śliczna Panna”, które to kolędy wszyscy znamy i śpiewamy. „Cicha noc”, która jest właściwie kolędą ogólnoświatową, śpiewaną w różnych językach. Do mojej płyty „Kolędy litanie” włączyłam kolędy „Nie było miejsca dla Ciebie” i „Mizerna, cicha”, których nie pamiętam żebyśmy śpiewali w dzieciństwie podczas Świąt Bożego Narodzenia, ale mają one dla mnie szczególny wyraz głębokiej radości, ale i smutku. Przeżywamy radość z narodzenia Dzieciątka Jezus, natomiast ten smutek związany jest z miejscem, w którym się Jezus narodził – więc tak jak śpiewamy nie było miejsca dla Ciebie, ani w Betlejem, ani w żadnej gospodzie. Są to kolędy bardzo nostalgiczne. Powiedziałbym, że mają charakter nawet patriotyczny.


JJ:
Wspomniała Pani o swojej płycie „Kolędy litanie”, wydanej 2009 roku.  O jakich litaniach mowa?

HF: Na płycie znajdują się dwa utwory, które traktuję właśnie bardziej jak litanie – są to „Kolęda Maryi” i „Kołysanka Matki Brzemiennej” – z muzyką Wojciecha Trzcińskiego i słowami Ernesta Bryla. Pochodzą one ze spektaklu „Kolęda - Nocka”, w reżyserii Krzysztofa Bukowskiego, w którym występowałam. W utworze „Kołysanka Matki Brzemiennej” bierze udział mój wnuk Franio, który kwili jak to Dzieciątko oraz mój syn, który zadaje mi pytania, a ja mu odpowiadam śpiewająco. Także ta płyta jest taka moja...


JJ:
Podczas „Świątecznego Koncertu Kolęd” w Mogilnie, publiczność mogła usłyszeć również inne utwory, niepochodzące z płyty „Kolędy litanie”...

HF: Przygotowując repertuar do występu w Mogilnie, kierowałam się przede wszystkim tematyką i okolicznością Świąt Bożego Narodzenia. Wykonałam utwory o charakterze duchowym, niekoniecznie kolędowym. Pochodzą one z płyty „Zostań Aniołem”, którą dedykowałam na beatyfikację Jana Pawła II. „Panna Pszeniczna” to utwór, który jest traktowany jako litania do Najświętszej Maryi Panny. Nagrałam go w 1973 roku. Potem okazało się, że był on bardzo lubiany przez Karola Wojtyłę. Wyróżniającym się z mojego repertuaru jest także utwór  „Jak pięknie by mogło być”, który traktowany jest przeze mnie jako modlitwa o pokój.  Jest to kompozycja o szerokim znaczeniu, wyrazie, treści... Wskazująca ludziom, że w życiu są wartości, którymi warto się kierować. Jeśli zachowamy je w sobie gdzieś głęboko i będziemy je pielęgnować, to na pewno będzie nam dobrze.


JJ:
Opowiada Pani przede wszystkim o polskich kolędach. A co sądzi Pani o fascynacji Polaków zagranicznymi piosenkami świątecznymi, współczesnymi pastorałkami, które możemy usłyszeć jeszcze na długo przed świętami?

HF: Myślę, że ta fascynacja wynika z bezmyślności. Może to jest domeną młodości, że poszukuje różnych ciekawostek, a dorośli temu ulegają. Może to jest tak, że niektórzy nie wynieśli z domu rodzinnego ciepła i miłości; dla nich święta to są fajerwerki, fajna zabawa... Ale zapominają o istocie – co się wydarzyło i dlaczego są te święta! One nie są tylko dlatego, że jest zima, bo nie wszędzie jest zima i śnieg. One nie są dlatego, że jest choinka (chociaż jest cudownie kiedy jest piękna choinka i nadajemy świętom estetyczny wyraz), ale święta są przede wszystkim dlatego, że się narodził Jezus!  I to właśnie gdzieś tam umyka... Ale z tym bywa różnie, bo na przykład na pasterce widzę mnóstwo ludzi! Kościoły są pełne, więc to nie jest tak, że jest odejście. Może odpowiedzialni są za to ci, którzy tworzą media - robią z tych świąt taki kupczykowaty charakter. Konsumpcjonizm, interes... Można powiedzieć, że ludzie w swoim myśleniu szalenie zawężają się i ograniczają. Myślę, że nie zastanawiają się w tym pośpiechu; w tym takim charakterystycznym dla obecnych czasów – braku czasu! Cały czas pędzimy, biegniemy, spieszymy się. Nie żyjemy po to żeby żyć, cieszyć się, hołdować czemuś, wybierać, tylko zdobywamy i gromadzimy, a przecież niczego nie zabierzemy ze sobą. A ludzie o tym zapominają. Nie pracujemy po to, żeby żyć, tylko żyjemy żeby pracować – wszystko się pomieszało. Praca jest bardzo ważna, wskazana i cenna, ale trzeba mieć ten czas na kontemplacje i na oddanie się duchem...


JJ:
Rozmawiałyśmy długo o kolędach, które towarzyszą wigilii i Świętom Bożego Narodzenia. Powróćmy jeszcze do samej wieczerzy - proszę opowiedzieć o charakterystycznych potrawach przygotowywanych w Pani domu na wigilię.

HF: Moja Świętej Pamięci Mamusia, której już nie ma, zawsze przygotowywała wigilie i te potrawy, które były charakterystyczne dla regionu, z którego pochodzę, a więc Poznania. Zawsze obowiązkowo musiała być zupa rybna, do której gotuje się makaron oraz makiełki, które się różnią od kutii i innych potraw makowych. W Poznaniu namaczało się bułeczkę i ją mieszało się z makiem, oczywiście wielokrotnie utartym z migdałami i orzechami. Pozostałe potrawy to oczywiście kapusta z grzybami, wielorakie ryby, barszczyk... Ja robię nie z uszkami, a z pasztecikami i niekoniecznie na wigilię, ale na przykład w pierwszy dzień świąt. Co do ilości potraw na wigilii - ja nie wiem czy jest ich dwanaście....


JJ:
Na koniec naszej rozmowy, pytanie nie związane z tematyką Świat Bożego Narodzenia, ale myślę, że bardzo intrygujące Czytelników – czy po latach wystąpień przed publicznością, nadal odczuwa Pani tremę wychodząc na scenę?

HF: Tak. Zawsze jest to napięcie i skupienie. Jeżeli jest coś, co mi przeszkadza z kwestii zewnętrznych, wtedy ta trema się potęguje. Najgorsze są właśnie takie niedociągnięcia techniczne, które przeszkadzają. Jeżeli wszystko jest w porządku, to potrafię wejść w siebie i wszystko to pokonać. Trema jest więc niszcząca, kiedy coś przeszkadza i konstruktywna, kiedy jest takim delikatnym tylko pobudzeniem.


Ponieważ wkroczyliśmy w Nowy, 2013 Rok, chciałabym z tej okazji złożyć wszystkim noworoczne życzenia.
Poza tym, że zawsze życzymy ludziom, aby byli zdrowi, bo jeśli jest zdrowie to wszystko jest możliwe do wykonania, chciałabym życzyć Wam rzeczywistego odnalezienia czasu. Wejście wewnętrzne w siebie naprawdę nas buduje, daje siłę żeby spojrzeć na to, że człowiek jest celem a nie środkiem do celu; że miłość jest podstawową wartością, która zawsze będzie budowała. Pamiętajmy, że nie wystarczy, gdy pojawia się w chwilach, gdy jesteśmy w przyjemnym miejscu, czujemy się szczęśliwi, ale miłość powinna być częścią nas! Bądźmy zawsze gotowi do miłości, nie tylko w chwilach kiedy okoliczność ku temu sprzyja.


Serdecznie dziękuję Pani za rozmowę oraz życzenia!


Halina Frąckowiak udzieliła wywiadu będąc w Parafii Mogilno. O Świątecznym Koncercie Kolęd wokalistki czytaj TUTAJ

 

Created by Szczepan Sikoń